O genezie Aninskiego Harcerstwa opowiadaja:


druh Jan Potocki

druhna Ewa i druh Jacek Drewnowscy (otworz tekst)






*


Jan Potocki, Danbury, USA, 5 luty 2009


Dokumenty  sluzby bezpieczenstwa   oznaczone kryptonimem “Jezuita” obecnie bedace w zbiorach  bibloteki  Instytutu Pamieci Narodowej,  obejmuja lata 1957-1962 i dotycza  naszej (mojej i  moich przyjaciol) dzialanosci w ZHP. Dzialania operacyjne SB mialy na celu zanalezienie lub sprowokowanie dzialanosci antypanstwowej .  Dla osob zapoznajacych  sie z tymi dokumentami ,niezbedne beda   dodatkowe  wyjasnienia  z mojej strony,  gdyz bez nich wiele opisywanych sytuacji bedzie niezrozumiale.

W roku 1956 mialem 20 lat i bylem studentem  IV – tego roku Politechniki Warszawskiej. W grudniu tego roku przylaczylem sie do grupy moich przyjaciol i kolegow  skupionych wokol  inz  Mieczyslawa Berka, instruktora ZHP w stopniu harcmistrza. Celem tej grupy bylo reaktywowanie kregu starszoharcerskiego,  istniejacego na Politechnice Warszawskiej  przed 1950 r. Grupa ta, poczatkowo mala (okolo 15 osob)  bardzo szybko sie powiekszala.  Zgoda owczesnych wladz komunistycznych na reaktywowanie zasluzonej dla polskosci organizacji ZHP byla jednym z niewielu ustepstw,  wymuszonych przez spoleczenstwo.   Wsrod osob, ktore tworzyly grupe byli m.in Bogdan Cywinski,  Ewa Dobrowolska, Jacek Drewnowski, Andrzej Koprowski, Krzysztof Majewski, Bozena I Miroslaw Zaborscy, Magdalena Stryjewska, Tomasz Wolowski, Jacek Zajaczkowski  i inni (podaje nazwiska tylko tych osob, ktore znajduja sie w teczkach “Jezuita” lub tych, z ktorymi  udalo sie mnie skontaktowac i wyrazily na to zgode). Na jednym z zebran chyba w styczniu 1957 r byl mlody ksiadz Jezuita Ryszard  Przymusinski, intruktor ZHP. Tak sie zlozylo, ze siedzielismy obok siebie. Zabieralismy glos w dyskusji , ale pomiedzy soba zamienilismy kilka nic nie znaczacych zdan typu pogody lub komunikacji miejskiej. Gdy po latach, bedac na wakacjach,  spotkalem go przypadkowo  w Bukowinie Tatrzanskiej,  on nie mogl sobie mnie przypomniec. W pierwszym okresie od grudnia 1956 roku do czasu zatwierdzenia powstalej organizacji harcerskiej przez Komende Choragwi Warszawskiej w kwietniu 1957 r, spotykalismy sie w mieszkaniu inz Berka  (zwanego popularnie Mieczem) przy ulicy Filtrowej. Gdy jednak grupa ta rozrosla sie, zebrania organizacyjne odbywaly sie na Politechnice Warszawskiej. Owczesny rektor PW,  jak rowniez dziekan wydzialu chemii byli nam przychylni i wyrazili zgode na spotkania..

Na tych zebraniach dyskutowalismy cel oraz statut organizacji. Jezeli chodzi o cel naszej organizacji, szybko osiagnelismy porozumienie. Miala nim byc praca intruktorska w Zwiazku, pomoc intruktorska, praca nad metodyka harcerska, praca spoleczna w ramach zwiazku dla zwiazku i praca spoleczna w ramach zwiazku dla spolecznstwa, praca samoksztalceniowa, turystyka. Znacznie trudniejsze bylo znalezienie wspolnego stanowiska w sprawie statutu. Chcielismy,  aby nasza organizacja byla organizacja demokratyczna i niezalezna w ramach obiowiazujacego prawa w Polsce. Tu w oczywistej sprzecznosci staly zapisy w statucie, ze organizacja uznaje przewodnia role PZPR oraz, ze organizacja jest organizacja swiecka propagujaca “naukowy  swiatopoglad” oraz,  ze osoby o innych pogladach nie moga byc czlonkami zwiazku. Nie moglismy sie zgodzic  co do rozumienia przewodniej roli PZPR. Nie chcielismy byc zadnym ramieniem lub inaczej mowiac transmisja PZPR. Drugi zapis byl jeszcze bardziej niezrozumialy i  stal w sprzecznosci z naszymi odczuciami. Przeciez  w Polsce okolo 90% ludnosci deklarowalo sie jako katolicy. Dla kogo wiec  ta organizacja mialaby  byc -  czy tylko dla pozostalych 10%?  W brew pozorom, nie byla to dyskusja o religii, ale o ksztalcie demokracji w Zwiazku. Nasze wielogodzinne dyskusje nie  posuwaly sprawy do przodu. Zaproszeni dzialacze harcerscy z Komendy Choragwi probowali ten dylemat racjonalnie wytlumaczyc,  ale ich argumenty nie trafialy nam do przekonania. Ostatecznie zgodzilismy sie,  ze w pracy wychowawczej Zwiazku nadrzednym celem jest wychowanie swiadomego i lojalnego obywatela - szanujacego istniejace prawo, podporzadkujacego sie wladzom legalnie wybranym w demokratycznych wyborach,  czlowieka wychowanego w szacunku do tradycji narodowej , tolerancyjnego dla ludzi o odmiennych pogladach. Ustalilismy, ze jezeli tak mamy rozumiec przewodnia role PZPR ,  to zapis statutowy  akceptujemy.  Zdawalismy sobie ponadto sprawe, ze wazniejsze jest aby nasz Zwiazek mogl funkcjonowac . Sprawa swiatopogladu innego niz “naukowy” byla znacznie powazniejsza i dla nas nie do przyjecia. Ostatecznie, po wielu dyskusjach zgodzono sie kompromisowo, ze intruktorami nie moga byc ksieza, ze nie beda organizowane przez harcerzy zadnie uroczystosci religijne, ze bedzie calkowita tolerancja zarowno dla wierzacych jak i niewierzacych, ze nie beda stawiane przeszkody do uczestnictwa czlonkom organizacji  w zyciu religijnym, ze organizacja nie moze byc wykorzystywana do propagandy ideologicznej. Uznano rowniez, ze na obozach moga byc postawione krzyze jako miejsce dla modlitwy, o ile taki krzyz jest postawiony poza terenem obozu i nikt nie bedzie zmuszany do modlitwy. Ten kompromis  nie wszystkim odpowiadal i czesc naszych kolegow odmowila udzialu w pracach powstajacego kregu akademickiego.

Nasza organizacja zostala zatwierdzona  w  kwietniu 1957 roku przez komendanta choragwi warszawskiej harcmistrza dr.Jerzego Fiutowskiego. Oficialnie otrzymalismy nazwe Akademicka Druzyna Harcerska -  w skrocie ADH. Druzynowym zostal mianowany harcmistrz inz  Mieczyslaw Berka, przybocznym Tomasz Wolowski. Organizacyjnie podlegalismy komendantowi  hufca Ochota.Przychylny naszym planom rektor Politechniki Warszawskiej przydzielil nam pokoj, w ktorym moglismy sie zbierac. Uroczyste rozpoczecie pracy ADH odbylo sie w pierwszych dniach maja na wspolnej wycieczcie z ogniskiem w lasach pod Skierniewicami, polaczonego z przyrzeczeniem harcerskim dla tych, ktorzy takiego przyrzeczenia uprzednio nie zlozyli. Taka wycieczke nazwano “Zlazem” (od zlazic sie).  W tej uroczystosci bralo udzial okolo 120 osob.  Wtedy to po raz pierwszy padla propozycja  t.zw. Akcji Warmia i Mazury.  Nie pamietam kto pierwszy poddal ten pomysl. Wydaje mi sie sie, ze sytuacja mieszkancow tych okolic byla wowczas szeroko  dyskutowana w prasie (jako ze cenzura na krotko zelzala). Warmia i Mazury ,przylaczone do Polski po wojnie,  byly traktowane  poprzednio przez rzad komunistyczny  jako teren wrogi. Miejscowa ludnosc , czesto dwujezyczna,  byla dyskryminowana jako element obcy i lokalne wladze czesto dopuszczaly sie wobec niej rabunkow  i gwaltow.  Ludzie  mieszkajacy na tych terenach od setek lat uwazali sie za Polakow, tym niemniej, na skutek dyskryminacji,  masowo zaczeli  wyjazdzac do Niemiec  Zachodnich. Zdawalismy sobie sprawe, ze nasze sily byly niewystarczajace,  aby zmienic ten stan rzeczy, ale zdecydowalismy sprobowac , rownoczesnie starajac sie wzbudzic  zainteresownie spoleczenstwa. Propozycja ta spodobala sie i zostala zaaprobowana przez obecnych. Zobowiazano  Jacka Zajaczkowskiego,  Andrzeja Koprowskiego i Barbare Dobrowolska do przygotowania programu i przedstawiena propozycji pracy. Jacek Zajaczkowski  byl doskonalym organizatorem, powszechnie lubianym i energicznym , Andrzej Koprowski byl  typem intelektualisty,  spokojnym  i  zrownowazonym,  Barbara Dobrowolska, mloda pracowniczka  naukowa Bibloteki Narodowej,  znana z niezwyklej pracowitosci i dokladnosci,  stanowili  doskonaly zespol. Na nastepnym Zlazie, w Puszczy Kampinoskiej,  wytypowana trojka przedstawila projekt –  organizujem obozy letnie na Warmii i Mazurach, propagujemy ZHP wsrod mlodziezy lokalnej , propagujemy  turystyke w tym rejonie. To byl skromny poczatek. Propozycja ta spodobala sie nie tylko czlonkom ADH ale rowniez instruktorom spoza kregu, spotkala sie takze z aprobata dzialaczy warminsko-mazurskich  na rzecz polskosci tych ziem. Ja nie bralem udzialu w tym projekcie,  ale wiem, ze moi przyjaciele z ADH wlozyli wiele pracy w przygotowanie programow dla obozow harcerskich na Warmii i Mazurach, opracowanie  publikacji  dla instruktorow, organizowanie wystaw obrazujacych historie tych ziem, amatorskich zespolow  teatralnych,  biblioteki ,  (zbierano w tym celu ksiazki), organizowaniu akcji letnich.  Kazde z tych przedsiewziec wymagalo wielu godzin pracy. Akcja Warmia i Mazury zostala zatwierdzona przez Komendanta Choragwi  (w porozumieniu z Glowna Kwatera)  jako oficjalna akcja ZHP. Ta bardzo udana akcja, ktora stala sie ruchem spolecznym na rzecz polskosci Warmi I Mazur,  byla prowadzona az do momentu rozwiazania ADH w roku 1960.


W polowie roku 1957 moj przyjaciel, sp. Krzysztof Majewski , czlonek i wspolorganizator ADH zorganizoawal, w porozumieniu z PCK,  akcje pomocy repartiantom. W akcji tej wzieli udzial prawie wszyscy czlonkowie ADH.   Jak wiadomo,  na poczatku roku 1957, wladze popazdziernikowe, dzialajac pod silna presja spoleczna, zwrocily sie do wladz sowieckich o zgode na repatriacje Polakow, ktorym odmowiono zezwolenia powrotu do kraju w 1945. Wladze sowieckie wyrazily zgode i wiele tysiecy  osob moglo wrocic do Polski. Ludzie Ci przyjezdzali do Terespola, gdzie byli przejmowani przez przedstawiciel I PCK. Nastepnie byli transportowani na dworzec Warszawa Wschodnia, skad odjezdzali dalej do miejsc przeznaczenia. Wiekszosc byla kierowana na Ziemie Zachodnie. Nasza rola bylo zaopiekowanie  sie ludzmi  przebywajacymi  na dworcu. Nalezalo ich przeprowadzic na wlasciwy peron i umiescic we wlasciwym pociagu. W przypadku spoznienia pociagu z Terespola, (co zdarzalo sie czesto) repatrianci potrzebowali pomieszczenia, w ktorym mogli  spedzic czas oczekujac nastepnego polaczenia. W tym celu PKP udostepnilo nam poczekalnie na jednym z peronow.  Tam, wraz z przedstawicielami PCK , przyjmowalismy repatriantow, majac okazje do rozmow z nimi.  Ludzie ci nie chcieli mowic o swoim zyciu w ZSRR, natomiast zadawali nam mnostwo pytan na temat zycia w Polsce. Najczesciej pytano, czy w szkolach dzieci ucza sie po polsku, czy otwarte sa koscioly i czy mozna do nich chodzic. Widzielismy w ich oczach niedowierzanie, gdy dawalismy odpowiedzi twierdzace. Akcja ta trwala do poczatku roku 1958.


Inna inicjatywa byla  akcja “Dno”. Organizatorami byli Bogdan Cywinski  i Andrzej Koprowski. Celem jej  bylo zwrocenie uwagi starszej mlodziezy (klasy X i XI) na palacy problem alkoholizmu. W ramach tej akcji pokazano mlodziezy izbe wytrzezwien w Warszawie, a takze oddzial psychiatryczny dla alkoholikow w Tworkach.  Na zakonczenie mlodziez sluchala wykladu specjalistow, pracujacych  z alkoholikami. Akcja ta spotkala sie z ogromnym poparciem Komendanta Choragwi dr hm Jerzego Fiutowskiego, ktory sam byl psychiatra. Zrobila ogromne wrazenie na uczestnikach. Wielka szkoda,  ze byla to akcja jednorazowa.

W tym samym czasie okolo 20 osob zdecydowalo sie podjac  dzialalnosc instruktorska w ZHP. Wsrod nich, procz mnie,  byl moj przyjaciel, Jacek Drewnowski . W sierpniu 1957 r. ukonczylismy kurs dla intruktorow, organizowany  przez komende Choragwi Warszawskiej  w Barlinku niedaleko Gorzowa Wielkopolskiego. Komendantem kursu byl harcmistrz  Slaw Milewski, prawnik z wyksztalcenia, z zawodu   dziennikarz-ekonomista.   Intruktorami kursu byl hm. Jozef Piatkowski, hm. Tadeusz Borowski , znany w owym czasie aktor, hm. Danuta Rosmannowa , hm. Dr. Jerzy Fiutowski. Kurs ukonczylismy z doskonalym wynikiem i przyznano nam stopien intrutorski “Przewodnika”.  Skierowano nas na kurs podharcmitrzowski, ktory odbyl sie w Zegrzynku na przelomie wrzesnia/ pazdziernika 1957r. Uczestniczyl w nim rowniez Jacek Kuron, w  tamtym czasie oddany cialem i dusza  systemowi komunistycznemu i bedacy  calkowicie do dyspozycji wladz. Po ukonczeniu kursu podharmistrzowskiego zdecydowalismy z Jackiem Drewnowskim, ze podejmiemy prace na terenie Anina, gdzie mieszkalismy, gdzie sami chodzilismy do szkol i mielismy wielu znajomych i przyjaciol. W pazdzierniku 1957 skontaktowalismy sie z hm.dr. Jerzym Hellmannem, intruktorem harcerskim, ktory juz zorganizowal druzyne harcerska na terenie Anina .  Dr. Jerzy Hellmann, w tym czasie w wieku okolo 44 lat, byl ogolnie szanowanym czlowiekiem, lekarzem, ktorego wzywano do najciezszych przypadkow. Byl to dzialacz charyzmatyczny, wspanialy organizator, energiczny, bezposredni, majacy dar zjednywania sobie ludzi , czlowiek z wspaniala przeszloscia oficera AK, uczestnika walk partyzanckich w Borach Tucholskich. Nasza pierwsza kilkugodzinna rozmowa przekonala nas, ze mamy ta sama wizje oraganizacji i jej celu. Przystapilismy do organizacji druzyn harcerskich. Rezultaty nasze pracy przekroczyly nasze oczekiwania. To  byla eksplozja harcerstwa. Mozna ja porownac do eksplozji Solidarnosci. W bardzo krotkim czasie prawie cala mlodziez Wawra, Anina i Miedzylesia - od klasy szostej do jedenastej- byla w szeregach harcerskich. W  krotkim czasie powstalo 14 druzyn, kazda liczaca okolo 40 harcerek lub harcerzy (6 druzyn zenskich i 8 druzyn meskich). Wkrotce dolaczyli do nas dr Wlodzimierz Bojarski, Ewa Dobrowolska (z ADH), Anna Woyde, Andrzej Muras, Jerzy Ciuk, hm Danuta Terlecka , Tadeusz Pietrzykowski, Michal Rzewuski (z ADH). Bardzo pomocnym byl  pan Jaworski, ojciec jednego z harcerzy,  z zawodu ksiegowy, ktory prowadzil nasza ksiegowosc.  Nie tylko mlodziez garnela sie do harcerstwa, ale popieralo nas cale bez wyjatku spoleczenstwo. Organizujac harcerstwo na tym terenie nie posiadalasmy zadnych srodkow finansowych, nie pobieralismy zadnych skladek. Wszystko zawdzieczalismy pomocy spolecznej i dotacjom instytucji  jak i osob prywatnych.  Kazdy chcial nam pomoc i nigdy nie spotkalismy sie z  odmowa.  Dzieki pomocy spolecznej otrzymalismy od wojska namioty, z PCK sprzet kuchenny, Instytut Elektrotechniki w Miedzylesiu, dzieki staraniom  inz. Joniewicza (pracownika Instytutu), rada zakladowa Instytutu Elekrotechniki kupila nam sprzet obozowy.  Rada zakladowa ZZ zakladow ZWAR A10 dala nam dotacje finansowa, oraz zapewnila transport sprzetu na miejsce obozu.  Zapewnila nam autobus do przewozu mlodziezy na stacje kolejowa Warszawa Gdanska. Tu musze wspomniec o adwokacie warszawskim jego nazwisko Szonert (imienia niestety nie pamietam) przyjaciel mego ojca sp. Eugeniusz Potockiego, ktory zbieral dotacje dla nas wsrod warszawskiej palestry.  Pierwszy oboz letni byl w Dusznikach. Miejscowy tartak dal nam niezbedne deski, nie biorac  zadnej oplaty za matrerial  i transport.  Proszono nas jedynie o wyjecie gwozdzi z desek po zwinieciu obozu.  Dzieki tej pomocy wiele ubozszej  mlodziezy moglo skorzystac z letniego odpoczynku nie wnoszac zadnej oplaty. Pozostali placili bardzo niewiele.  W czasie naszej dzialanosci naszej zorganizowalismy trzy obozy letnie i dwa obozy zimowe.


Wkrotce harcerstwo Anina, Wawra i Miedzylesia (uprzednio czesc Hufca Warszawa-Falenica) zostalo wyodrebnione jako oddzielna jednostka organizacyjna Hufiec Anin. Komendantem zostal mianowany hm. dr. Jerzy Hellmann, ja bylem jego zastepca. Jacek Drewnowski, Ewa Dobrowolska i dr Wlodzimierz Bojarski  byli czlonkami komendy.  Przyczyna wyodrebnienia nas jako oddzielnej jednostki organizacyjnej  byl rozrost naszej organizacji oraz fakt, ze wspolpraca z owczesnym komendantem hufca Falenica, dr.Najgrakowskim nie ukladala sie najlepiej. Roznilismy sie zasadniczo co do roli jaka organizacja harcerska ma spelniac. Dla dr. Najgrakowskiego  wzorem do nasladowania  byla oranizacje  pionierow  w ZSRR,  dla nas zas skauting Boden Powella.                                                                                                                                   


W ciagu dwu lat 1958 I 1959 moglismy pracowac bez przeszkod. M. in przyczyna byl fakt, ze nowe wladze komunistyczne nie czuly sie jeszcze pewnie i mialy inne wedlug nich wazniejsze sprawy do zalatwienia. Po za tym mielismy ludzi nam zyczliwych w Komendzie Choragwi. Naszymi zdecydowanymi  przyjaciolmi  byli  hm dr. Jerzy Fiutowski i hm Slaw Milewski. Nasza dzialalnosc rowniez aprobowal i popieral sekretarz Komitetu Dzielinicowego PZPR Warszawa Falenica. Gdy zaczynalismy nasza dzialalnosc w terenie,  zlozylismy mu wizyte i dr Jerzy Hellmann przedstawil plan naszej pracy. Sekretarz wysluchal nas  uwaznie i powiedzial “Ja tez mam dwie corki i chcialbym aby mialy szczesliwe dziecinstwo i mlodosc ,a o komunizmie bede im  mowil sam. Aprobuje panow propozycje. Gdybyscie mieli problem, prosze do mnie przyjsc”. To z jego polecenia Rada Narodowa wyremintowala prowizoryczny budynek, ktory byl uzywany podczas budowy szkoly na ul Kajki (przeznaczony do rozbiorki)  i oddala  nam do uzytku. Jego pomoc byla bardzo wazna dla nas, bo dyrektor miejscowego LO26  Waclaw Krauze byl nam bardzo niechetny . Wedlug niego nie bylismy dosc “postepowi”. Probowal skladac na nas donosy do sekretarza komitetu. Oczywiscie nie obylo sie bez zgrzytow. Do naszego obozu w Dusznikach przyjechal inspektor z Choragwi Wroclawskiej (nazwiska nie pamietam).  Nie interesowalo go realizacja programu, higiena, wyzywienie, warunki obozowe, prowadzenie ksiegowosci. Domagal sie od nas 1000 zl gratyfikacji za to, ze przyjechal  i ze chce napisac pozytywny raport. Odmowilismy mu takiej zaplaty, w wyniku tego napisal, ze harcerze nasi stawiaja kapliczki i krzyze, co jest niezgodne ze statutem  zwiazku.  Inspektor z komendy Choragwi Warszawskiej,  nie potwierdzil  faktu lamania statute opisanego w raporcie wroclawskim.


Tu chcialbym poswiecic nieco uwagi rezultatom naszej dzialalnosci wsrod mlodziezy. W pracy wychowawczej wyniki obserwuje sie dopiero po czasie. Idea harcerstwa jest, ze mlodziez zajmuje sie sama soba- troche starsi zajmuja sie troche mlodszymi. Jednym  z wazniejszych obowiazkow instruktorow,( kto  wie czy nie najwazniejszym) jest wyselekcjonowanie naturalnych przywodcow, ktorym nalezy  pozostawiac duzo swobody dzialania (oczywiscie w pewnych okreslonych ramach jakim jest prawo harcerskie), co w znacznym stopniu  nam sie to udalo.  Zawiazane 50 lat temu przyjaznie przetrwaly do tej pory. Do tej pory spotykaja sie na zlazach przy ogniskach, dyskutuja, radza sobie i pomagaja. Wielu z nich (w tym ja) znalazlo sie za granica, ale ci rowniez utrzymuja kontakt. Wielu sposrod  harcerzy Anina bylo aktywnymi dzialaczami Solidarnosci i zajmowalo odpowiedzialne stanowiska w spoleczenstwie. Ci ktorzy wyemigrowali,  sa szanowanymi obywatelami krajow w ktorych mieszkaja i  sprawy polskie sa dla nich w dalszym ciagu wazne. Oto rezultat nasze pracy.  Wszyscy oceniaja tamte czasy jako jeden z najpiekniejszych okresow swojego zycia. Zawdzieczamy to w duzym stopniu  hm dr. Jerzemy Hellmannowi.

Praca spoleczna w hufcu Anin i jednoczesne studia na Politechnice Warszawskiej wypelnialy mi czas i nie bylem juz w stanie udzielac  sie w ADH. Wprawdzie uczestniczylem w “zlazach” i “kominkach” (tak nazywalismy spotkania w naszym pokoiku na PW, w ktorym nasi koledzy z architektury zbudowali sztuczny kominek), to jednak nie moglem uczestniczyc w ich pracach.  Rozmawialem na ten temat z Jackiem Zajaczkowskim i Andrzejem Koprowskim, ktorzy od 1959 roku sprawowali przewodnictwo w ADH.  inz Mieczyslaw Berka musial wycofac sie z pracy w ADH z powodow osobistych, podobnie jak Tomasz Wolowski (na skutek wypadku). Nie pamietam kto dal projekt stworzenia pozycji “samotnego wilka”. Bylo to pomyslane jako dozywotnie czlonkowstwo honorowe w ADH. Samotne wilki nosily okragla odznake z sywetka biegnacego wilka na zlotym polu. Ja bylem pierwszym samotnym wilkiem.


Nasza sytuacja w zwiazku ulegla zmianie w poczatkach roku 1960. Wyraznym znakiem tego, ze czasy  sie zmieniaja i ze nie ma dla ludzi takich jak my miejsca w harcerstwie,  bylo wystapienie Jacka Kuronia na zjezdzie ZHP w Warszawie. Instruktor harcerski z Choragwi  gdanskiej hm. Grzesiak (nie jetem pewien czy dobrze pamietam nazwisko) w dyskusji nad referatem programowym skrytykowal pozycje etatowych instruktorow (oplacanych przez komende choragwi za swoja prace). Wedlug niego fundamentem zwiazku byla praca spoleczna – zarowno instruktorow jak i harcerzy. Jego zdaniem etatowi instruktorzy nie byli obeznani z metodyka harcerska, a co gorsza, fakt ich uzaleznieni a od pracodawcy,  wypaczal demokratyczny character zwiazku.  Jacek Kuron w odpowiedzi powiedzial “ nie potrzebujemy w zwiazku ludzi takich jak hm Grzesiak.  My chcemy wychowywac ludzi  swiadomie zaangazowanych w budownictwo komunizmu. Idea harcerstwa reprezentowana przez hm Grzesiaka jest nam wroga,  propagujaca nihilizm i niewiare w przewodnictwo partii”. Jego wystapienie trwalo znacznie dluzej, lecz po uplywie tylu lat nie jestem w stanie go dokladnie zrelacjonowac.  W czasie jego przemowienia bylem obecny w Sali Kongresowej PKIN-u.


Ku naszemu zalowi odszedl z pracy hm dr Jerzy Fiutowski.  Zyczliwy nam sekretarz Komitetu Dzielnicowego zostal  przeniesiony na stanowisko magazyniera gdzies na Woli. Nowy komendant choragwi warszawskiej,  hm doc. dr Antonina Gorycka  zaraz po swoim wyborze przybyla do nas w ramach wizytacji.  Zebranie odbylo sie w mieszkaniu dr Hellmanna na ul Rzezbiarskiej w Anine. Tematem rozmowy byla kwestia religii w pracy zwiazku.  Dowiedzielismy sie, ze sa skargi na nas wnoszone przez innych intruktorow  (nie dowiedzielismy sie nigdy, ktorych), ze lamiemy statut zwiazku propagujac religie i ze zachodzi podejrzenie, ze harcerze niewierzacy sa dyskryminowani  i zmuszni do praktyk religijnych. To pierwsze spotkanie mialo character raczej przyjacielskiego seminarium uniwersyteckiego. Przedstawilismy nasz punkt widzenia, twierdzac, zgodnie z prawda, ze nie prowadzimy zajec religijnych , umozliwiamy jedynie praktykowanie religii przez harcerzy jak i instruktorow,  co jest to zgodne ze statutem. Wkrotce odbylo sie nastepne spotkanie w mieszkaniu hm dr Hellmanna. Tym razem dowiedzielismy sie, ze nasza dzialalnoscia sa zaniepokojone czynniki poltyczne. Powodem do niepokoju jest nasz fanatyczny stosunek do religii, ideologii wrogiej partii i panstwu, ktory podrywa zaufanie spoleczenstwa do partii. To spotkanie nie bylo juz przyjacielskie i raczej przypominalo przesluchanie. Nasze argument pozostawaly bez odpowiedzi.  Niedlugo potem dr Hellmann zostal wezwany do Komendy Choragwi, gdzie uslyszal dalsze zarzuty, m.in. ze w naszej pracy apoteozujemy historie Polski burzuazyjno obszarniczej, calkowicie pomijamjac postepowe tradycje miedzynarodowego proletriatu, uslyszal rowniez zarzut, ze demoralizuje mlodziez. Tym razem rozmowa byla  daleka od przyjacielskiej.Hm dr Hellmann zglosil rezygnacje z pracy, ktora nie zostala przyjeta, ze wzgledu na to, ze akcja letnia byla juz przygotowana i nie mozna bylo zmieniac wszystkich dyspozycji finasowych i programowych. Nasz ostatni oboz byl na Mazurach.Bylismy wielokrotnie wizytowani przez komendanta choragwi  hm. Gorycka. W roku 1960 przypadala okragla rocznica (550) bitwy pod Grunwaldem. Wladze zorganizowaly z wielka pompa zlot mlodziezy wraz ze slubowaniem. W raz z grupa okolo 40 harcerek i harcerzy  udalem sie na miejsce zlotu. W przedzien uroczystosci zostalem wezwany do raportu przez czlonka Naczelnictwa Jaskota. Rozmowa trwala okolo 2 godzin. Uslyszalem juz te same zarzuty uprzednio nam przedstawiane.


W tym samym czasie podobna akcje rozpoczeto w stosunku do ADH. Przedstawiano te same zarzuty. Nie bylem obecny przy tych rozmowach, ale w ich wyniku  Jacek Zajaczkowski i Andrzej Koprowski zdecydowali rozwiazac ADH. Ostatni zlaz, na ktorym ogloszono rozwiazanie organizacji, odbyl sie w lasach kabackich w czerwcu 1960r. W ramach protestu nasz przyjaciel  hm Slaw Milewski rowniez zlozyl rezygnacje.

We wrzesniu 1960 skladalem jak zwykle rozliczenia finasowe z akcji letniej , ktore dzieki pomocy pana Jaworskiego, zawodowego ksiegowego,  byly zawsze bez zarzutu.  Ze zdumieniem zauwazylem, ze mamy nowego komendanta choragwi warszawskiej,  hm Muraniego, czlonka aparatu partyjnego, skierowanego na odcinek harcerski,  ktory (jak wszyscy wiedzieli) byl zwiazany z SB. Dowiedzialem sie, ze sklad Choragwi Warszawskiej zostal zmieniony. Wszyscy dawni czlownkowie, wybrani w demokratycznych wyborach, zostali zastapieni pracownikami  etatowymi. Nowy komendant choragwi, hm Murani,  zapowiedzial swoja wizyte w Aninie. W czasie zebrania w mieszkaniu dr Hellmanna  postawil nam ultimatum;  jezeli chcemy pracowac dalej dla zwiazku,  to conajmniej dwoch instruktorow musi byc pracownikami etatowymi, poza tym musza byc wsrod instruktorow rowniez czlonkowie partii. W odpowiedzi na nasz argument, ze nikt z nas nie jest czlonkiem partii, hm Murani stwierdzil  “ to my skierujemy do was do pracy intruktorow, ktorzy sa jednoczenie czlonkami partii. Obozy musza byc organizowane w miejscach oddalonych od kosciolow. Do kosciolow w niedziele moze pojsc najwyzej troje lub czworo harcerzy. Zadnych krzyzy poza obozem.  W swojej pracy musicie polozyc naciski na postepowe tradycje miedzynarodowego ruchu robotniczego, umacniac zaufanie spoleczenstwa do partii . Nie zastosowanie sie do tych wytycznych moze spowodowac powazne konsekwencje  osobiste”. W pare dni potem hm dr Hellmann i ja zostalismy wezwani do Komitetu Dzielnicowego PZPR, gdzie powiedziano nam, ze ze wzgledu na reorganizacje administracyjna, w wyniku ktorej powstala jedna dzielnica Warszawa Praga Poludnie, rowniez harcerstwo powinno polaczyc sie w jeden hufiec. Wskazano nam nam rowniez czlowieka desygnowanego przez partie na komendanta tak powstalego hufca. Na nasze uwagi, ze wybor komendanta powinien byc demokratyczny, droga glosowania instruktorow, odpowiedziano nam, ze przeciez wszyscy uznajemy przewodnictwo partii , ktora ma zaufanie do tego czlowieka, wiec i my powinnismy mu zaufac. Hm dr Hellmann odpowiedzial, ze wycofuje sie z pracy harcerskiej, gdzyz koliduje to z jego praca kierownika przychodni rejonowej w Miedzylesiu, i ze wkrotce odbeda sie wybory nowego komendanta, ktoremu  przekaze dyrektywy Komitetu.

Trzy dni pozniej ponownie spotkalismy sie w mieszkaniu dr Hellmanna. Oprocz mnie byli obecni Jacek Drewniowski, Wlodzimierz Bojarski i Michal Rzewuski.  Po zastanowieniu sie nad zaistniala sytuacja, doszlismy jednomyslnie do wniosku, ze nalezy rozwiazac nasza organizacje. Wszyscy pamietalismy rok 1950, w ktorym  ZHP zostala rozwiazane w ciagu jednego dnia. Wielu intruktorow i harcerzy  bylo wtedy aresztowanych a nawet skazywanych na wiezienie pod zarzutem wrogiej w stosunku do panstwa dzialanosci. Nie chcelismy powtarzac tej sytuacji. Dyskutowalismy jedynie jak to przeprowadzic,  unikajac wszelkich podejrzen i zwiazanych z tym przykrych konsekwencji. Michal Rzewuski wzial na swoje barki  przeprowadzenie tej akcji. Ustalilismy, ze za 10 dni odbedzie sie zebranie wyborcze, na ktorym Michal Rzewuski zostanie wybrany Komendantem Hufca. Zaraz po wyborach zgodzi sie na polaczenie w jeden hufiec oraz zaaprobuje nowego komendanta,  wskazanego przez komitet. Sam bedzie jeszcze sie udzielal, ale jedynie przez pol roku,  a potem sie wycofa pod pozorem przygotowywania sie do egzaminu dyplomowego na Politechnice Warszwaskeij.


Zebranie,na ktorym Michal Rzewuski zostal wybrany nowym komendantem hufca Anin,odbylo sie pod koniec pazdziernika 1960 r.  Michal, zaraz po wyborze, skontaktowal sie z czlowiekiem wskazanym nam przez pracownika Komitetu Powiatowego PZPR i zglosil wole zjednoczenia sie w jeden hufiec Warszawa Praga Poludnie. Nastepnego dnia dr Jerzy Hellmann zlozyl rezygnacje z pracy. W tydzien potem zrobilem to samo. Moi przyjaciele Ewa Dobrowolska, Jacek Drewnowski i  Wlodzimierz Bojarski  rowniez zaprzestali wszelkiej dzialanosci. Paru instruktorow pozostalo razem z Michalem Rzewuskim. Uwazali, ze nie wszystko jest stracone i moze da sie jeszcze cos uratowac.  Po 6 miesiacach Michal Rzewuski wycofal sie z pracy w ZHP, motywujac koniecznoscia przygotowania sie do egzaminu dyplomowego na Politechnice Warszawskiej. Wszyscy inni  tez w tym samym czasie zrezygnowali z pracy. Przewodnictwo zwiazku w Aninie objal partyjny dyr. Liceum Ogolniksztalcacego nr 26 w Aninie, Waclaw Krauze, do pomocy mial nauczycielke jezyka polskiego Rosnerowa (imienia nie pamietam) oraz dr Najgrakowskiego. Z  zalem obserwowalismy, jak nasza organizacja, w ktorej budowe ktorej wlozylismy tyle pracy, rozpada sie.  Wkrotce z okolo 500 harcerzy zostala mala grupka (okolo 35 osob), ktora nie przejawiala najmniejszej checi do dzialanosci. Zainteresowanie spoleczne ta organizacja bylo zadne.  My, ktorzy musielismy odejsc, wszyscy zdawalismy sobie sprawe, ze nasza organizacja nie mogla dalej istniec z tego prostego powodu, ze  intruktorzy pracowali spolecznie i nikt z nas nie byl czlonkiem partii. Bylismy wiec ludzmi, nad ktorymi wladze nie mialy pelnej kontroli.

Na zakonczenie chcialbym ustosunkowac sie do zarzutow stawianych nam przez owczesne wladze. Zarzut, ze podrywamy zaufanie spoleczenstwa do partii byl raczej smieszny, partia PZPR nigdy nie cieszyla sie zaufaniem spleczenstwa, wiec nie moglismy go podrywac. Jesli chodzi o zarzut apoteozy  Polski burzuazyjno-obszarniczej,  to tez byl on mocno naciagany.  Mowilismy na ogniskach i spotkaniach o Powstaniu Warszawskiem, udziale wojska polskiego w walkach na zachodzie, o odzyskaniu niepodleglosci w 1918 r, o legionach Pilsudskiego i o powstaniach, ale rowniez przedmiotem pogadanek byla historia nauki i sztuki polskiej, oraz jej wklad do kultury europejskiej i swiatowej. Wprawdzie nie kladlismy nacisku na “postepowe tradycje” miedzynarodowego proletariatu, ale byly one w Polsce , wbrew nieustajacej propagandze, malo popularne.  Organizacje proletariackie byly slabe i najczescie byla to obca agentura. Ponadto mlodziez w szkole miala te informacje podawane w nadmiarze i nie bylo potrzeby ich powtarzac. “Fanatyczny katolicyzm”, ktory tak bolal wladze, bynajmniej nie byl fanatyczny. Wprawdzie stawialismy krzyze (zawsze poza terenem obozu)  i nasi harcerze w niedziele szli tlumnie do kosciola, ale przeciez spoleczenstwo Anina, Miedzylesia i Wawra  bylo katolickie i nasi harcerze byli  wychowani w wierzacych i praktykujacych rodzinach. Zeby to zrozumiec, wystarczylo zaobserwowac  tlumy biorace udzial w Mszach sw i nabozenstwach w okolicznych kosciolach.  Mlodziez wiec byla taka, jak jej rodziny. Wsrod nas byli takze harcerze i instruktorzy niewierzacy, ale nigdy to nie wywolywalo zadnych konfliktow.


Nasza organizacja harcerska trwala tylko trzy lata, lecz pozostala w pamieci jej czlonkow na reszte zycia. Wszyscy do dzis jestesmy szczesliwi, ze u progu naszego doroslego zycia, dane nam bylo zaznac wspanialej i bezinteresownej przyjazni i ze moglismy sluzyc spoleczenstwu, ktore odwzajemnialo sie zyczliwoscia, zrozumieniem i uznaniem dla naszych zaslug.


Podharcmistrz  Jan Potocki – “Samotny Wilk”


album



*



Ewa i Jacek Drewnowscy

Jerzy Hellmann - harcerz i lekarz

(1913 - 1987)

Doktora Jerzego Hellmanna znaliśmy od wielu lat, ja - Jacek od 1947 roku, a Ewa od 1957. Pamiętam pierwsze zetknięcie z doktorem w szkole powszechnej pani J. Puchalskiej, gdzie przeprowadzał kontrolne badania lekarskie. Wiele lat minęło, gdy w 1957 roku zostałem ściągnięty przez kolegę szkolnego, Janka Potockiego na ulicę Rzeźbiarską do domu dr J. Hellmanna, gdzie odradzało się harcerstwo w Aninie. Byliśmy wówczas obaj studentami Politechniki Warszawskiej i członkami  Akademickiej Drużyny Harcerskiej (ADH) przy P.W. ADH kształciła w przyspieszonym tempie instruktorów, którzy pomagali przy powstawaniu drużyn harcerskich w szkołach warszawskich. Dołączyła do nas Ewa Dobrowolska, również członek ADH (obecnie moja żona), która przyjeżdżała aż z Pruszkowa do naszego nowopowstającego hufca Anin, zwanego przez nas żartobliwie PHA - Prywatny Hufiec Anin.

Byliśmy młodymi ludźmi, których PRL okradła z 10 lat młodości, zakazując prawdziwej działalności harcerskiej w latach 1947 - 1956. Odżywaliśmy organizując się w różnych środowiskach i na różnych zasadach.

Podharcmistrz dr Jerzy Hellmann był jednym z przedwojennych instruktorów harcerskich, którzy po Październiku ‘56 poczuli się odpowiedzialni za odrodzenie prawdziwego harcerstwa na terenie Wawra i Anina i podjęli to zadanie. Trzeba w tym miejscu dodać, iż warunki polityczne w kraju nie sprzyjały działalności nawiązującej do dawnych tradycji harcerskich. Druh Jerzy odznaczał się niespożytą energią i humorem, toteż od razu zjednywał sobie młodzież starszą  i młodszą. Był bardzo bezpośredni w kontaktach z nami, traktował nas po koleżeńsku, ale też potrafił wymagać. Czuliśmy się w tej atmosferze odnowy jak wielka rodzina, toteż szybko przylgnął do dh Jerzego przydomek ”Stryj”, który został zaakceptowany przez Niego i używany przez nas wszystkich do dziś.  

„Stryj” był bardzo rad, że chcemy z Nim pracować i „zapędził” nas do roboty. Studia na Politechnice nie były łatwe i zarwaliśmy nie jedną noc, aby poświęcić czas harcerstwu. Nasz komendant był nieprzeciętnym człowiekiem. Potrafił godzić obowiązki głowy i jedynego żywiciela rodziny (żona, troje dzieci i dziadek), lekarza ginekologa i hufcowego Hufca Anin. Z próby pogodzenia tak różnych obowiązków nie zawsze wychodził zwycięsko. Pamiętam zebranie komendy hufca odbywające się jak zwykle w gabinecie lekarskim „Stryja”. Zebranie przedłużało się, przyszły umówione pacjentki, które nie były zachwycone obecnością harcerzy w tym miejscu.

„Stryj” był przykładem człowieka, który stale myślał o innych. Nie miał w sobie cienia egoizmu, lub chęci robienia czegoś na pokaz. Nie bardzo dbał o tzw. administrację czyli porządek w papierach. Gdyby nie Jego wspaniała i wyrozumiała żona Jadwiga, na pewno zginęlibyśmy wśród różnych narzuconych nam z góry formularzy i sprawozdań. O tym jak mało dbał o zaszczyty i tytuły świadczy fakt, iż prawie do końca swojej działalności jako instruktora harcerskiego występował jako podharcmistrz. Stopień harcmistrza już dawno Mu przysługiwał, a otrzymał go chyba dopiero w 1960 r.

W ciągu 1957 roku pod kierunkiem dh Hellmanna zorganizowaliśmy kilka drużyn młodszo- i starszoharcerskich na terenie Anina i Wawra.

 Zbliżało się lato 1958 r. i związana z tym konieczność zorganizowania letnich obozów dla naszych harcerzy.„Stryj” z całą energią zabrał się do realizacji tego bardzo trudnego w ówczesnych warunkach zadania. Na wiosnę pojechaliśmy razem w okolice Dusznik na kwatermistrzostwo, czyli wybranie terenu pod przyszły obóz i załatwienie różnych formalności z miejscowymi władzami. Choć był początek maja w niektórych miejscach brnęliśmy po pas w śniegu. Wybraliśmy piękną polanę na pólnocny wschód od Dusznik. „Stryj” miał duże zaufanie do nas, skoro mnie, 20 - letniego wtedy studenta i niedoświadczonego jeszcze instruktora wysłał do Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu, aby uzyskać zezwolenie na zorganizowanie obozu na wybranym przez nas terenie.

Obóz, a właściwie zgrupowanie dwóch podobozów pod komendą dh Hellmanna, został zorganizowany w lipcu 1958 r. Brało w nim udział ponad 100 harcerek i harcerzy. Komendantką podobozu żeńskiego była Ewa Dobrowolska a męskiego Brunon Majewski. Obóz zaczął się pechowo, gdy bladym świtem wysiadaliśmy zmęczeni z pociągu w Dusznikach w strugach ulewnego deszczu. Okazało się, że nie ma mowy o przejściu kilku kilometrów i zasiedleniu przygotowanych namiotów gdyż teren obozu został zalany przez wezbrany potok. „Stryj” oczywiście „zadziałał” i miejscowe władze udostępniły nam na noc salę kinową. Młodzież spała pokotem na „pałatkach” rozłożonych na brudnej podłodze. Ale wszystkim humory dopisywały. Dla nas była to tylko przygoda, ale dla komendanta - chyba nie....

 Życie obozowe było pierwszyzną dla wszystkich uczestników. Tylko „Stryj” jako harcerski wyga musiał zorganizować je według dawnych zasad, które kolidowały nieraz z zarządzeniami ówczesnych władz harcerskich. Na przykład zabroniono ustawiania krzyża na terenie obozu oraz chodzenia do kościoła w szyku. Oczywiście krzyż został u nas ustawiony, wprawdzie na zboczu ponad obozem, a dzień zaczynał się i kończył wspólną modlitwą pod nim. Do kościoła w Dusznikach maszerowaliśmy czwórkami z werblem i „pieśnią na ustach”. Sądzimy, że wszyscy uczestnicy tego pierwszego obozu pamiętają urozmaicone życie, zajęcia, wędrówki w terenie, nocne apele na rozkaz Komendanta. „Stryj” uczył nas utrzymania porządku, co zwłaszcza druhom przychodziło z trudem. Za pozostawienie nieporządku karą było wylanie menażki wody (niezbyt zimnej...) za kołnierz w czasie apelu porannego. Za porzucony kawałek chleba - cały zastęp urządzał jego „pogrzeb” wysoko, na kamienistym zboczu góry. To się pamiętało i pilnowało porządku. Były też i emocje - przejście trzech starszych harcerzy na stronę czechosłowacką (ponoć zabłądzili). Z tego wynikła afera - WOP ich aresztował (Czesi doprowadzili „zbiegów”), wezwany został dh Hellmann, odwieziono ich pod eskortą do obozu, gdzie spędzili noc w namiocie pod „strażą”. My wysłuchaliśmy pouczeń oficera WOP przy ognisku, jak to niebezpiecznie jest uciekać za granicę, a „uciekinierów” musiał Komendant odesłać do domu. Innym pamiętnym wydarzeniem było zaginięcie dwóch zastępów młodszych harcerek w czasie wędrówki w Górach Stołowych. Gdy nie dotarły na noc, „Stryj” szalał z niepokoju, w środku nocy zerwał nas, aby iść ich szukać w górach. Na szczęście odnalazły się rano, zadowolone, spedziły noc - jedne po czeskiej stronie w stodole,  a drugie po prostu spały pod gołym niebem nad strumykiem. Ponoć wcale się nie bały, choć ich zastępowe były niewiele starsze od nich. Teraz, z perspektywy czasu widać, ile „Stryj” miał z nami kłopotu, ile ryzykował opiekując się nami. A my zdobywaliśmy doświadczenie, uczyliśmy się od Niego zaradności, radzenia sobie w kłopotach i pokonywania trudności z humorem.

W latach 1957-1961 uczestniczyliśmy w pięciu obozach organizowanych latem i zimą przez Hufiec Anin. „Stryj” był niezastąpionym organizatorem, komendantem i przyjacielem wszystkich uczestników. Zawsze znajdował czas i sposób na rozwiązanie problemów, których w tamtych czasach nie brakowało. Zawsze był pod ręką na obozach stałych, a w czasie obozu wędrownego (Zlot gwiaździsty w 550-lecie bitwy pod Grunwaldem w lipcu 1960 r) przyjeżdżał swoim starym BMW na miejsca noclegowe, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Pewnej nocy napędził dziewczętom porządnego strachu, gdy chciał po cichu wstawić samochód do stodoły, gdzie ułożyły się do spania. Dla bezpieczeństwa zabarykadowały drzwi pustymi bańkami na mleko. Gdy „Stryj” ruszył drzwi stodoły, bańki pospadały z potwornym hukiem, nie wiadomo, kto się więcej wystraszył......Do dziś wspominamy różne przeżycia obozowe, bo były niepowtarzalne, pamiętamy atmosferę przyjaźni, poczucie bezpieczeństwa pod opieką kochającego młodzież dr Hellmanna, czyli „Stryja”.

Druh Jerzy był zawsze zmotoryzowany; początkowo jeździł „garbusem”, potem BMW, na którym pobierałem pierwsze nauki jazdy. Wtedy, w latach 50-tych samochód marki zachodniej był rzadko spotykany na ulicach Anina. „Stryj” traktował samochód wyłącznie jako środek służący do szybkiego przemieszczania, nie pamiętam, żeby specjalnie przejmował się jego wyglądem. Nikt wtedy nie zwracał pieniędzy za benzynę zużytą „do celów służbowych” - wszystkie koszty pokrywał Doktor sam. Nie tylko te zresztą, zawsze były jakieś nagłe wydatki i wtedy dosłownie wyciągał z kieszeni stuzłotówki (średnia pensja wynosiła wtedy około 1500 zł). O tym, że zasady finansowania naszej działalności nie były powszechnie znane, może świadczyć fakt, że na jednym z zebrań przedobozowych nie mogliśmy wytłumaczyć zdumionym rodzicom, że ani komendant, ani instruktorzy, nie pobierają za swoją pracę ani złotówki. Przeciwnie - Doktor te złotówki tylko dokładał. To nie były czasy, kiedy liczyła się tylko „kasa”... Może też dlatego z takim sentymentem je wspominamy.

Zadanie, którego podjął się dh Hellmann było trudne i niewdzięczne. Rodzice młodych harcerzy podchodzili z dużą rezerwą do nas instruktorów, w końcu niewiele starszych od ich dzieci. Ze strony dyrekcji szkoły odczuwaliśmy brak współpracy, zaledwie tolerowanie naszej obecności. Wynikało to z jawnego lekceważenia przez nas t.zw. zasady świeckiego wychowania. Uważaliśmy, iż ważniejsze w tej sprawie są oczekiwania rodziców, niż zalecenia zmienionej wprawdzie po 1956 roku, ale wciąż komunistycznej władzy. Z kolei nasze harcerskie władze również krzywo patrzyły na reaktywowanie przez nas zasad przedwojennego harcerstwa. W końcu po 1961r dh Hellmann i większość instruktorów musiała skapitulować. Jednak mamy satysfakcję, że przez prawie cztery lata udało nam się coś zrobić dla młodzieży anińskiej.

A w ostatnio wydanej książce poświęconej 55-leciu Liceum w Aninie, na str 27 czytamy : „Harcerstwo w Aninie odrodziło się w 1962 roku”... Kochany „Stryj”, gdyby to usłyszał, w grobie by się przewrócił.

 Spotykaliśmy się z Nim wielokrotnie już po wycofaniu się z działalności harcerskiej. Spośród harcerzy anińskich utworzyło się wiele par, które „zaowocowały” małżeństwem. Nasz ślub, jako jeden z pierwszych odbył się w grudniu 1961 r. „Stryj” i wielu harcerzy uczestniczyło w tej uroczystości. Potem wielokrotnie odwiedzaliśmy Państwa Hellmannów w ich domu. Korzystaliśmy zresztą również z Jego opieki lekarskiej, gdy spodziewaliśmy się dziecka. Dzięki skierowaniu od „Stryja” urodziny Tomka w 1963 r mogły się odbyć w Szpitalu Kolejowym w Międzylesiu, gdzie Doktor Hellmann nas odwiedzał. Potem, za rok, On właśnie stwierdził następną ciążę. Pamiętamy Jego słowa: „Teraz urodzi się Kasia”. No i rzeczywiście w maju 1964 urodziła się Kasia.

W następnych latach już całą rodziną odwiedzaliśmy „Stryja”, również w czasie jego ciężkiej choroby. Znosił ją nadzwyczaj cierpliwie i na pewno nie była to poza. Interesował się sprawami naszej rodziny i przyjaciół z dawnych anińskich lat. Zawsze towarzyszył mu humor. Takim Go  będziemy pamiętać - Przyjaciela, Człowieka, który naprawdę służył Bogu, Ojczyźnie i Ludziom.


album



Początek strony

Admin: Jacek Mieliwodzki


*

publikacje Jacka Mieliwodzkiego


              

HARCERSTWO W ANINIE
1957 - 1960